Ciągnie się od Krakowa do Częstochowy, przez malownicze tereny, na których gęsto rozrzucone są ruiny średniowiecznych zamków. Położone na wysokich, stromych skałach wapiennych, z wykorzystaniem naturalnych warunków obronnych wyglądają jak prawdziwe orle gniazda – wysokie i niedostępne. A my, jak te orły, zdobędziemy prawie wszystkie z nich. Nie odwiedzimy wprawdzie krańcowych punktów Orlego Szlaku – Wawelu i Jasnej Góry, ale im, z uwagi na znaczenie duchowe i materialne należą się specjalne względy i więcej czasu na zwiedzanie. A wycieczka jest tylko trzydniowa…

 

foto-J.Janczura,A.Krawczyk,E.Organiściak

W miarę zbliżania się do Jury, krajobraz zmienia się coraz bardziej, pojawia się więcej pagórków, a wśród zieleni bieleją porozrzucane skały wapienne – ostańce, pamiątka po mieszkańcach pradawnego ciepłego morza, które przed wiekami pokrywało te tereny. To z ich szkieletów powstały, przybierając rozmaite, fantazyjne kształty pod wpływem działania wody, powietrza, czasu…

Wkrótce dojeżdżamy do pierwszych ruin na Szlaku – to Olsztyn koło Częstochowy. Pozostałość po średniowiecznej warowni, która spełniała dwojaką rolę – obrońcy rubieży Małopolski od strony Śląska i komory celnej na szlaku kupieckich karawan. Zamek został znacznie rozbudowany za czasów Kazimierza Wielkiego, a że dobrze spełniał swoją rolę, także następni władcy dbali o jego dobry stan. W czasach rozkwitu składał się z zamku dolnego, środkowego i górnego, dwóch przedzamczy i potężnych murów – dziś można się tylko dopatrzeć zarysów tych budowli. Zachowały się dwie wieże: jedna okrągła, ponad 30-metrowa z białego kamienia, na górze wykończona cegłą, a druga – niższa, kwadratowa. Zamek spełniał dobrze jeszcze jedną funkcję – był więzieniem. Tutaj Kazimierz Wielki kazał osadzić pojmanego Maćka Borkowica, wojewodę poznańskiego, który spiskował przeciw niemu, a także był oskarżony o rozboje. Zginął śmiercią głodową w olsztyńskiej wieży.

Zamek wsławił się obroną w czasie, gdy o tron polski zabiegał arcyksiążę Maksymilian Habsburg. W 1587 roku jego wojska oblegały olsztyńską warownię, której obroną dowodził starosta Kasper Karliński. Napastnicy, nie mogąc zdobyć zamku, porwali synka starosty i wystawili go przed szereg atakujących wojsk. Karliński nie zawahał się. „Pierwej byłem synem Rzeczpospolitej, niźli ojcem…” – miał powiedzieć i podpalił lont armaty.

Do upadku olsztyńskiej warowni przyczynił się ostatecznie potop szwedzki. Splądrowany zamek nigdy już nie wrócił do stanu z czasów swojej świetności, zaczął popadać w ruinę. Kamienie z jego murów posłużyły do budowy pobliskiego kościoła.

Z zamkowego wzgórza roztacza się piękny widok na rezerwat Góry Sokole, gdzie odbywają się warsztaty speleologiczne (bogactwo jaskiń), i na górę Biakło.

Z Olsztyna jedziemy w stronę Janowa, a potem doliną Wiercicy, odwiedzamy kolejno:

Złoty Potok z pałacem Raczyńskich, położonym w pięknym parku ze stawem. Przy wejściu do parku tablica upamiętniająca pobyt Jana Kiepury w tym miejscu. Jako dziecko przebywał w ochronce prowadzonej przez zajmującą się dobroczynnością żonę hr. Raczyńskiego.

Okazały, klasycystyczny pałac jest opuszczony. Z zewnątrz prezentuje się nieźle, ale zaczyna pomału poddawać się zniszczeniom. Przyczyną tego stanu rzeczy jest spór toczony przez obecnego właściciela – skarb państwa ze spadkobiercami po Raczyńskich.

Obok pałacu znajduje się dworek rodziny Krasińskich. Przebywał tu krótko u swego ojca Wincentego Krasińskiego nasz trzeci wieszcz – Zygmunt Krasiński z żoną Elżbietą z Branickich

i dziećmi. Pokochał bardzo te piękne strony, nadał nazwy wielu ostańcom, stawom i źródełkom (np. jeden ze stawów nazwał Sen Nocy Letniej). Niestety wydarzyła się wielka tragedia, zmarła jego najmłodsza córeczka, 4-letnia Elżbietka. Po tym zdarzeniu poeta opuścił Złoty Potok, wyjechał na powrót do Paryża i już nigdy tu nie wrócił.

Obecnie w dworku znajduje się muzeum Zygmunta Krasińskiego. Zgromadzono w nim obrazy, meble i inne pamiątki oraz wycinki ze starych gazet i wydawnictw mówiące o rodowodzie i zdarzeniach w rodzinie Krasińskich. Najcenniejszym eksponatem jest pianino, które Chopin osobiście wybierał dla …Delfiny Potockiej.

Ruszamy dalej obok stawu Amerykan, starego drewnianego młyna z XVIII/XIX w. i pstrągarni Raczyńskich. Leśną ścieżką schodzimy do źródełka Zygmunta, w dali widać źródło Elżbiety – to one dają początek Wiercicy, a nazwane zostały przez wieszcza Krasińskiego imionami jego dzieci.

Mijamy widoczne na wzgórzu ruiny zamku Ostrężnik należącego do rodu Odrowążów, a następnie leśną ścieżką wspinamy się pod skalną Bramę Twardowskiego. Według legendy stąd wystartował na księżyc pierwszy człowiek … mistrz Twardowski na kogucie, który biorąc rozpęd do startu, głową lub kuprem – w zależności od opowiadanej wersji – wybił w skałach otwór na kształt ogromnej bramy.

Na przedmieściu Żarek, w Leśniowie, odwiedzamy Sanktuarium Matki Bożej Leśniowskiej Patronki Rodzin. Jest ono sercem zespołu klasztornego Paulinów, w którego skład wchodzi kościół pod wezwaniem Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny, klasztor, dzwonnica, dom pielgrzyma oraz kaplica Matki Bożej Anielskiej. Obok znajduje się źródło Leśniówki, które cudownie wytrysnęło za przyczyną Patronki Sanktuarium.

Przejeżdżając przez Żarki z zaciekawieniem oglądamy zabytkowe drewniane stodoły, które niegdyś znajdowały się poza murami miasta i pełniły rolę schronienia dla bydła hodowanego przez mieszkańców (w mieście bydła nie wolno było mieć), później składów; dalej stary młyn z muzeum rzemiosł dawnych, a także współczesną atrakcję – wytwórnię słodyczy Hokus Pokus, w której organizowane są warsztaty wyrobu lizaków dla dzieci.

Zamek Mirów to obecnie malownicze ruiny, ale ich widok robi wrażenie, głównie za sprawą położenia na monumentalnej stromej skale. Murowana strażnica powstała, jak większość zamków na Szlaku Orlich Gniazd, w czasach Kazimierza Wielkiego i podobnie jak inne warownie wielokrotnie przechodził z rąk do rąk. Właściciele zmieniali jego wygląd według swoich upodobań, dobudowując kondygnacje, dodatkowe wieże, itp. Zdobycie przez wojska wspomnianego już Maksymiliana Habsburga zapoczątkowało upadek mirowskiej warowni, a reszty dokonały zniszczenia podczas potopu szwedzkiego. W końcu, w osiemnastym wieku zamek całkiem został opuszczony, stając się źródłem kamienia dla mieszkańców okolicznych wsi, którzy wykorzystywali go do budowy domów.

Mirów jest własnością prywatną – należy do rodziny Laseckich, którzy podjęli się prac nad zabezpieczeniem ruin. Warownia ma być udostępniona turystom, a w odbudowanych pomieszczeniach znajdzie się m. in. muzeum.

Spod mirowskich ruin ścieżką przez wzgórza, tzw. Grzędę Mirowską, wspinamy się do zamku w Bobolicach, który po wiekach trwania w stanie ruin został odbudowany w naszych czasach. Zamek, położony na malowniczym, skalistym wzgórzu pięknie się prezentuje rozświetlony słońcem. Bobolicka twierdza, tak jak zamek w Mirowie, powstała za Kazimierza Wielkiego i przez pewien czas była zamkiem królewskim, a potem wielokrotnie zmieniała właścicieli. Przejściowo z nadania rządzącego wówczas Polską Ludwika Węgierskiego zamek należał do Władysława Opolczyka. Posłużył mu do niezbyt pięknego rozbójniczego procederu, będąc bazą wypadową do łupienia okolicznej ludności. Działalność tę ukrócił król Władysław Jagiełło. W 1587 roku warownia została zdobyta przez wojska Maksymiliana Habsburga, a potem odbita przez Jana Zamojskiego. Później swoje zrobiły wojny w XVII i XVIII w. – niszczony zamek zaczął popadać w coraz większą ruinę.

Według legendy, zamkami w Bobolicach i Mirowie władali dwaj bracia, a z jednego do drugiego można było przejść podziemnym tunelem. Bracia zakochali się w jednej kobiecie i to, niestety, skończyło się tragicznie – bratobójstwem.

W 1999 roku bobolicki zamek kupiła ta sama rodzina Laseckich, która jest właścicielem Mirowa. Po pracach archeologicznych i zabezpieczających zamek został ich staraniem odbudowany. Chyba udanie, skoro w serialu „Korona królów” chlubnie pełni rolę Wawelu.

Do Mirowa wracamy inną drogą – u podnóża malowniczych skał, podziwiając ich niesamowite kształty. Po drodze mijamy jaskinię Stajnia, która w 2008 r. stała się miejscem sensacyjnego odkrycia. Archeolodzy znaleźli w nim narzędzia krzemienne i pierwsze w Polsce szczątki neandertalczyka – trzy zęby należące do trzech osobników w różnym wieku. Są to najstarsze ludzkie szczątki, jakie dotąd odkryto na terenie naszego kraju.

Po pełnym wrażeń dniu jedziemy na nocleg do pobliskich Kroczyc, które szczycą się pięknym kamiennym kościołem z XIX w. p.w. św. Magdaleny i św. Jacka (stąd mieszkańcy Kroczyc nazywani są potocznie Magdami i Jackami).

Następnego dnia program zwiedzania jest równie bogaty. Najpierw wyruszamy, w dość gęstej mgle, do Podzamcza. W drodze mijamy widoczną na wzgórzu „skałę z dziurą”. Tu w jaskini miał ongiś swoją kryjówkę miejscowy rozbójnik Malarski, a „zmalował” on, zmalował niejedno!

Zamek Ogrodzieniec w Podzamczu to największa warownia Jury Krakowsko-Częstochowskiej, powszechnie chyba kojarzona ze Szlakiem Orlich Gniazd. Jest także jednym z najpiękniejszych zamków w Polsce. Został wzniesiony na północnych zboczach Góry Janowskiego (Zamkowej), najwyższego wzniesienia Wyżyny (516 m n.p.m.). Niesamowite wrażenie robią częściowo odrestaurowane, majestatyczne fragmenty budowli idealnie zespolone z tym, co przygotowała natura – fantazyjnymi formami skalnymi. Widok skłania do podziwiania kunsztu dawnych budowniczych.

Murowany zamek w stylu gotyckim powstał w XIV w. na zlecenie Kazimierza Wielkiego. Warownia dobrze spełniała swoje zadania, ale – podobnie jak inne – i ona szybko przechodziła z rąk do rąk, aż do XVI w., kiedy to prawie na stulecie stała się własnością możnego i wielce wpływowego, zwłaszcza za Jagiellonów, rodu Bonerów – kolejno Jana, Seweryna i Stanisława, krakowskich kupców, bankierów królewskich, właścicieli żup solnych w Wieliczce. Bonerowie, a konkretnie Seweryn Boner, kazali przebudować go w stylu renesansowym, a ponieważ ich ambicje były wielkie, to i rozmach przebudowy olbrzymi. Powstała jedna z najwspanialszych rezydencji w Rzeczypospolitej, wzorowana na samym Wawelu. Stary wał drewniano-ziemny strzegący zamku od strony północnej zlikwidowano i wzniesiono na skałach czterokondygnacyjne skrzydło, w którym wykuto w skale studnię głęboką na 100 m. Zamek środkowy oraz wieżę południową podwyższono o dwie dodatkowe kondygnacje, wzniesiono Basztę Kredencerską oraz Basztę Bramną z mostem zwodzonym, fosą oraz dojazdem wspartym na arkadach. Potem dobudowano dwukondygnacyjne skrzydło zachodnie, mieszczące sypialnie i bibliotekę (sama biblioteka była dobitnym dowodem zamożności Bonerów), budynki gospodarcze na dziedzińcu, tzw. Kurzą Stopę, mur kurtynowy. Od strony dziedzińca powstał system krużganków i loggii. Przy przebudowie zamku Bonerowie nie oparli się pokusie „postarzenia” historii swojego rodu. Przykładem są umieszczone na baszcie zafałszowane machikuły (bez otworów strzelniczych) z herbem, mające dowodzić ich długoletniego szlachectwa.

Efektów przebudowy mogliśmy się dopatrzeć zwiedzając Ogrodzieniec – obie kondygnacje (piętro dla służby i piętro szlacheckie), przechodząc po krużgankach, na basztę oraz schodząc do podziemia, gdzie znajduje się ekspozycja stała prezentująca wojsko i uzbrojenie z różnych epok – od średniowiecznych rycerzy po żołnierzy II wojny światowej.

Po wygaśnięciu męskiej linii Bonerów Ogrodzieniec przeszedł w ręce Firlejów, ale lata jego świetności minęły. Znów wielokrotnie zmieniał właścicieli, padał też ofiarą najazdów i katastrof, które powodowały coraz większe zniszczenia. Najpierw zdobyły go wojska arcyksięcia Maksymiliana, potem – podczas potopu szwedzkiego i w czasie wojny północnej –padł ofiarą pożarów wznieconych przez wojska szwedzkie. Od tego czasu zaczął podupadać, gdyż koszty

odbudowy przekraczały możliwości kolejnych właścicieli. Ostatni mieszkańcy opuścili zamek na początku XIX w., mury zaczęto rozbierać i wykorzystywać jako materiał budowlany.

Z zamkiem Ogrodzieniec, podobnie jak i innymi jurajskimi ruinami, wiążą się różne legendy. Między nimi jest ta, że w księżycowe noce na murach zamku pojawia się olbrzymi czarny pies, ciągnący za sobą wielki łańcuch. To dusza bogatego i okrutnego kasztelana krakowskiego, Stanisława Warszyckiego, jednego z panów zamku, który w ten sposób musi odpokutować swoje przewinienia.

Można w to wierzyć, lub nie, ale – jak zdradził nam przewodnik – naprawdę w Ogrodzieńcu straszy. Zwykle podczas… imprez organizowanych dla turystów. Duchy, za sprawą zaangażowanych w swoją pracę przewodników, dają niesamowite popisy!

Ogrodzienieckie ruiny dzięki swojej malowniczości wiele razy służyły jako plenery filmowe, m. in. przy produkcji „Rycerza”, „Janosika”, czy „Zemsty” Andrzeja Wajdy.

Pałac w Pilicy – to następny etap naszej wędrówki. Do budowli, nazywanej też zamkiem, dochodzimy przez otaczający ją piękny park ze wspaniałymi okazami drzew. Obiekt często był przebudowywany i wielokrotnie zmieniał właścicieli. Pierwotny XIV-wieczny zamek należał do rodu Toporczyków (później przejęli oni nazwisko Pileccy), a potem zaczęła się karuzela właścicieli i coraz to innych pomysłów na przebudowę, a to w stylu późnego renesansu, ufortyfikowanej budowli, w stylu baroku. Do tego dołączyła historia, wtrącając własne trzy grosze. Podczas potopu szwedzkiego, twierdza nowoczesna jak na te czasy, został zdobyta, ale szybko odbił ją ówczesny właściciel Stanisław Warszycki. Wojskom szwedzkim uległa ponownie w czasie wojny północnej. W XIX w. pałac spłonął. Ruiny kupił słynny przemysłowiec Leon Epstein, który wyremontował pałac i nadał mu styl neorenesansowy, a fortyfikacje ozdobił w stylu romantycznym. Tutaj urodziła się jego córka Magdalena Maria Epstein, późniejsza zakonnica, pionierka szkolnictwa pielęgniarskiego w Polsce, bez reszty oddana działalności charytatywnej (obecnie trwa jej proces beatyfikacyjny).

Ostatnimi właścicielami zamku w Pilicy byli Arkuszewscy. Po II wojnie światowej pałac im odebrano, tworząc tam najpierw dom dziecka dla dziewcząt, a potem zakład poprawczy dla młodzieży. W 1989 r. pałac odkupiła od skarbu państwa Barbara Piasecka-Johnson, chciała go odrestaurować i wystawiać w nim swoje zbiory sztuki. Rozpoczęła remont, gdy zjawili się potomkowie ostatnich właścicieli, roszcząc pretensje do posiadłości i podważając legalność sprzedaży. Sprawa sądowa ciągle jest nierozstrzygnięta. Jednak fundacja B. Piaseckiej-Johnson z zaangażowaniem niewielkich środków powstrzymuje ostateczną dewastację tego obiektu.

Rejon zamku jest także miejscem martyrologii – podczas okupacji stacjonujący tu pluton niemieckiej, zmotoryzowanej żandarmerii rozstrzelał ok. 80 Polaków i ok. 70 Żydów.

Zamek Pilcza w Smoleniu. Ruiny zamku leżą na szczycie stożkowatego, pokrytego lasem wapiennego wzgórzu. Ponad las wystaje widoczna z daleka charakterystyczna, cylindryczna wieża zamkowa i fragment kamiennych murów. Od początku swojego istnienia zamek należał do Toporczyków (Pileckich). Murowana warownia, wzniesiona została prawdopodobnie przez Ottona z Pilczy herbu Topór w połowie XIV w. Początkową bryłę zamku stanowiła niewielka kamienna budowla z wysoką wieżą. Później obiekt systematycznie się rozrastał poprzez dobudowywanie dwóch zamków dolnych. Do naszych czasów zachowały się, prócz wieży, mury obronne zamków dolnych z bramami – w jednej z nich widoczne są resztki mechanizmu służącego do podnoszenia brony.

Kolejnymi właścicielami Pilczy (w XVI w.) byli Padniewscy, bogaty i potężny ród, który dość szybko, w poszukiwaniu okazalszej siedziby przeniósł się do Pilicy, gdzie postawił sobie nowy zamek. Opuszczona warownia w Smoleniu ucierpiała znacznie w czasie potopu szwedzkiego, a ostateczny cios zadali jej Austriacy (1797 r.). W połowie XIX w. zamek został kupiony i częściowo odbudowany przez Romana Hubickiego, który założył tu znaną fabrykę śrutu „Batawia”. W ostatnich latach obiekt poddano gruntownej rewitalizacji, udostępniając go turystom.

Z zamkowego dziedzińca wspinamy się stromymi schodami na górny zamek i wieżę. Wieża (zachowana w wysokości 16 m) stanowi doskonały punkt widokowy. Widok jest przepiękny, przed

oczami rozwija się wspaniała jurajska panorama, choć obraz jest nieco niewyraźny, bo utrzymuje się jeszcze lekka mgiełka.

Ze Smolenia udajemy się dalej, aby obejrzeć zamek w Bydlinie. Leśną ścieżką podchodzimy na szczyt wzgórza, gdzie odnajdujemy duże fragmenty murów budowli, która na przestrzeni wieków przechodziła burzliwe dzieje. Powstała prawdopodobnie w XIV w. jako strażnica na granicy ze Śląskiem. Składała się z wieży, budynku mieszkalnego i przylegającego do nich dziedzińca. Wielkość dziedzińca, co stwierdzamy naocznie, świadczy że w porównaniu z innymi warowniami, Bydlin to mały zameczek. W XVI w. przeszedł on na własność Bonerów, którzy zamienili budowlę na kościół, ponieważ utraciła swoje walory obronne. Z kolei w dobie reformacji, nowy właściciel – Jan Firlej, zamienił kościół na zbór ariański, ale jego syn przywrócił poprzedni charakter kościołowi. W 1655 roku kościół zniszczyli Szwedzi. Później został odbudowany, ale wciąż ograbiany przez panoszące się po Polsce obce wojska, został ostatecznie opuszczony pod koniec XVII w. Popadał w ruinę, którą przyspieszyła rozbiórka muru obwodowego na kamień, który – jak już wiadomo – posłużył jako materiał budowlany.

Poza ruinami na terenie wzgórza dostrzegamy w lesie liczne i wyraźne ślady okopów. To pochodzące z okresu I wojny światowej okopy Legionistów. W 1914 r. stoczyli tu bitwę, która przeszła do historii jako bitwa pod Krzywopłotami. Groby poległych w niej żołnierzy znajdują się na pobliskim cmentarzu.

Z Bydlina ruszamy w dalszą drogę w kierunku Olkusza, podążając do zamku w Rabsztynie. Z daleka widać wapienne wzgórze, na którym go posadowiono w XIV w., w czasach Kazimierza Wielkiego. Średniowieczny zamek rycerski wielokrotnie zmieniał właścicieli. Byli nimi m. in. Spytko z Melsztyna, Rabsztyńscy herbu Topór, Bonerowie, a od początku XVII w. Myszkowscy. Wtedy powstał tu zamek dolny, przyklejony do skały, na której stała stara twierdza. Barokowa budowla będąca typową rezydencją magnacką, z dużą częścią mieszkalną, przetrwała do najazdu szwedzkiego, kiedy to została spalona. Ze zniszczeń odbudowano ją tylko częściowo. W XVIII w. u podnóża zamku, który powoli stawał się ruiną, wybudowano dwór starościński i folwark. Zniszczeń dopełniła w XIX w. miejscowa ludność, rozbierając zamkowe mury dla pozyskania (znamy to, znamy!) budulca. Na początku XX w. poszukiwacze skarbów wysadzili w powietrze wysoką cylindryczną wieżę.

Od kilku lat prowadzone są prace zabezpieczające ruiny przed dalszym zniszczeniem. Odbudowano część murów, dwa mosty oraz zrekonstruowano bramę wjazdową. Obecnie też trwa remont i mogliśmy obejrzeć zamek tylko z zewnątrz.

Wspinając się na rabsztyńskie wzgórze odnotowaliśmy jeszcze jedną rzecz wartą zobaczenia – chatę-muzeum, zabytkowy drewniany dom z 1862 r. Mieszkał w nim Antoni Kocjan, wybitny konstruktor szybowców, który w czasie II wojny światowej aktywnie uczestniczył w ruchu oporu, był szefem wywiadu lotniczego AK. To Kocjan odkrył tajemnice niemieckiej broni V1 i V2. Niestety, zginął z rąk hitlerowskiego okupanta.

Spod stóp rabsztyńskiego zamku jedziemy w stronę Klucz, tych rozsławionych produkcją papieru, i udajemy się na punkt widokowy w Chechłach. Obserwujemy stąd Pustynię Błędowską – szarobury, piaszczysty obszar nazywany Polską Saharą, o długości 8 km i szerokości 4 km. W środku przecina go pas zieleni. To tędy przez pustynię przepływa Czarna Przemsza. Pustynia jest największym terenem występowania piasków śródlądowych w Europie. Obecnie powoli zarasta, ale 100 lat temu można tu było obserwować nawet fatamorganę i burze piaskowe.

Podziwiamy oświetlony słońcem pustynny krajobraz i jeszcze inne atrakcje, ale o tym cicho, sza! Kto widział , długo nie zapomni, a kto nie widział, długo się będzie zastanawiał, co to było…

Dzień powoli zmierza ku zachodowi, a przed nami jeszcze nowe wyzwanie. W drodze powrotnej na nocleg do Kroczyc, zatrzymujemy się i wchodzimy dość wysoko stromymi ścieżkami na punkt widokowy, z którego oglądamy Górę Birów. Skaliste wzgórze cieszy się popularnością wśród wspinaczy, jest tu zespół trudnych dróg wspinaczkowych, wyposażonych w stałą asekurację. Na szczycie widzimy drewniane zabudowania Grodu Birów – to przyciągająca rzesze turystów rekonstrukcja słowiańskiego grodziska.

Bardzo szybko nadchodzi trzeci dzień wycieczki. Wyjeżdżamy z Kroczyc w kierunku Olkusza i Ojcowskiego Parku Narodowego. W Olkuszu uwagę zwraca oryginalne, „smerfne” osiedle, z wesołymi niebieskimi dachami. Dla kontrastu, z drugiej strony drogi widać niszczejące budynki upadłej fabryki naczyń emaliowanych. Olkusz, znany od wieków ośrodek wydobycia srebra, rud cynku i ołowiu, był miastem bogatym. Ma liczne zabytki. Do najważniejszych należy kościół św. Andrzeja Apostoła z bogatym wystrojem wnętrza ufundowanym przez miejscowych mieszczan. Zachował się w nim tzw. poliptyk olkuski z XV w. oraz oryginalne, ostatnio odrestaurowane organy mistrza Hummla, które grają już ponad 100 lat. Corocznie w Olkuszu organizowane są festiwale organowe.

Przejeżdżamy przez Sułoszową, jedną z najdłuższych wsi w Polsce (9 km długości, ok. 4000 mieszkańców, trzy działy i trzech sołtysów), podziwiając po obu stronach drogi fantastycznie uformowane skały wapienne, jak przypominające kobiety z dziećmi na ręku Skały Wdowie, czy skamieniałego Wędrowca. Przejeżdżamy przez dolinę Prądnika, mijając liczne zabytki, stare drewniane młyny, kościół i pustelnię bł. Salomei, czy kościół na wodzie o oryginalnej architekturze w tzw. stylu szwajcarsko-ojcowskim. Kościół ten jest przykładem ominięcia w czasach rozbiorów zakazu cara budowy świątyń na ziemiach zaboru.

Po przejażdżce kierujemy się na parking u stóp Pieskowej Skały. Wdrapujemy się na szczyt, pokonując skalne schody o licznych, zbyt licznych stopniach, i wchodzimy na pałacowy dziedziniec.

Zamek Pieskowa Skała powstał w czasach Kazimierza Wielkiego jako gotycka strażnica, złożona z części dolnej i górnej, usytuowanej nieco wyżej na skale zwanej Dorotką. Ludwik Węgierski nadał zamek Piotrowi Szafrańcowi, podstolemu krakowskiemu, nie za zasługi, ale jako zadośćuczynienie za pobicie przez dworzan króla. Niestety, w następnych pokoleniach ród Szafrańców tracił swoją wysoką pozycję i powoli schodził „na psy”. Wnuk Piotra Szafrańca, także Piotr, parał się alchemią i czarną magią, a ponadto trudnił rozbojem, napadając na kupców przejeżdżających doliną Prądnika. Rozbójniczą tradycję kontynuował jego młodszy syn Krzysztof. Został za to pojmany, osądzony i ścięty na Wawelu. Mocno nadszarpniętą opinię rodziny zdołali naprawić kolejni Szafrańcowie, Hieronim i Stanisław, którzy rozbudowali zamek tak, że stał się typową renesansową siedzibą magnacką w stylu włoskim – z arkadowym dziedzińcem, loggią widokową i pięknym renesansowym ogrodem. W XVII w. Pieskowa Skała stała się własnością Michała Zebrzydowskiego, który ją ufortyfikował. Potem zamek zmieniał kilkakrotnie właścicieli, ucierpiał od pożarów, dwukrotnie, i wojen – podczas potopu szwedzkiego i powstania styczniowego. Pod koniec XIX w. zaczął już poważnie podupadać. Od zniszczenia uchronił go wykup przez spółkę akcyjną założoną w tym celu przez Adolfa Dygasińskiego i Józefa Zawadzkiego z udziałem przedstawicieli znanych warszawskich rodzin. W wykupionym zamku powstał ekskluzywny pensjonat. W czasie II wojny światowej właściciele udostępnili go na sierociniec. Po II wojnie światowej Pieskową Skałę znacjonalizowano. Przeprowadzono dokładne prace badawcze, a następnie budowlane. Dzięki temu zamkowi przywrócono wygląd z czasów jego największej świetności. Zamek otoczony jest malowniczym parkiem, u jego podnóża roztaczają się stawy założone jeszcze w XVI w. Obecnie jest siedzibą filii Muzeum Zamku Królewskiego na Wawelu.

Zwiedzanie zaczynamy od wejścia lub wjechania, w zależności od sił i chęci, na taras widokowy, skąd możemy podziwiać elementy zamkowej budowli – wieżę zegarową z krużgankami, ogród w stylu włoskim u podnóża, a także wspaniałą panoramę przyrodniczego otoczenia. Potem na dziedzińcu wewnętrznym oglądamy ekspozycję prezentującą przemiany w sztuce europejskiej od średniowiecza do 20-lecia międzywojennego. I spacerkiem ruszamy pod sławną Maczugę Herkulesa – stojący na… „fortepianie”, tj. płaskiej kamiennej terasie, charakterystyczny w kształcie ostaniec o wysokości 23,5 m.

Następnie przejeżdżamy do Ojcowa, a stamtąd zboczem Złotej Góry, która nazwę wzięła od złocącego się jesienią bukowego lasu, jedziemy do Jerzmanowic. Stąd rozpoczynamy spacer na Górę Chełmową, najwyższe wzniesienie Ojcowskiego Parku Narodowego (473 m n.p.m).

W zboczu Góry Chełmowej znajduje się wejście do Jaskini Łokietka, nazywanej też Grotą Łokietka. Jest to jaskinia krasowa, została wyżłobiona przez wodę w wapieniach górnej jury.

Wiąże się z nią legenda o księciu Władysławie Łokietku, który w czasie walk o polską koronę na przełomie XIII i XIV w. miał się w niej schronić, uciekając z Krakowa przed wojskami czeskiego króla Wacława II. Ścigający Łokietka czescy rycerze nie odnaleźli księcia, bo zmyliło ich wejście do groty zasnute pajęczyną pokrytą kropelkami rosy. Przyszły król Polski przebywał w jaskini ok. 6 tygodni, a miał tu do dyspozycji „mieszkanie” stworzone przez naturę, z kuchnią, sypialnią i innymi pomieszczeniami. Na pamiątkę tych legendarnych wydarzeń grota nosi nazwę Łokietka, a jej poszczególne komory – Sali Rycerskiej, Sypialni i Kuchni, natomiast wejścia do jaskini broni krata z motywem pajęczej sieci.

Przez kratę w wąskiej skalnej szczelinie wchodzimy do jaskini, ciemność rozjaśnia jedynie słabe światło pozwalające obejrzeć wnętrze. Nad pierwszym odcinkiem nie ma stropu, bo zawalił się przypuszczalnie jeszcze przed epoką lodowcową. Dalsza część korytarza obniża się i znacznie rozszerza, przechodzimy do korytarza głównego, którym docieramy do Sali Rycerskiej. Na zakopconych ścianach (jaskinię zwiedzano kiedyś z pochodniami) widoczne są dużo jaśniejsze nacieki, a ze stropu zwieszają się niewielki stalaktyty rurkowe, tzw. makarony. Schodami w górę idziemy na wyższy poziom jaskini, skąd ciasnym przejściem przechodzimy do małej komory – Kuchni. Ta część jaskini znajduje się najbliżej powierzchni, tylko 2 m niżej od szczytu Chełmowej Góry (można powiedzieć, że tym sprytnym sposobem zdobywamy – no, prawie zdobywamy – jej szczyt). Na stropie, w kilku miejscach do wnętrza przedostają się korzenie drzew. W Kuchni widoczna jest nieduża wnęka, tzw. Kominek Łokietka, a jej „umeblowania” dopełniają różne większe i mniejsze półki skalne. Z Kuchni schodzimy na niższy poziom jaskini, do Sypialni. Prawie całe dno Sypialni wyścielone jest drobnymi kamykami i blokami wapienia, które oderwały się od ścian i stropu. Na stropie widać wspomniane makarony, a na ścianach nacieki. Natura nadała im fantastyczne kształty, w których można się dopatrzeć orła, smoka, krasnala i co tam jeszcze wyobraźnia podpowie. Jaskinia Łokietka jest uboga w stalagmity, zachowały się tylko pojedyncze egzemplarze. Temperatura wewnątrz jaskini utrzymuje się na jednym poziomie przez cały rok i wynosi ok. 7-8ºC.

Po wyjściu z jaskini schodzimy wąwozem Ciasne Skałki w kierunku skalnej Bramy Krakowskiej. Droga prowadzi dość stromo w dół, ale tę jej niedogodność (kolana protestują!) z naddatkiem równoważą piękno i urok krajobrazu. Na obu zboczach wąwozu ponad drzewa wyrastają olbrzymie głazy, ostańce wapienne ze śladami postępującego procesu krasowienia, zadziwiające różnorodnością kształtów. Urokliwe drewniane mostki na ścieżce, skalne progi, zwalone pnie drzew okryte dywanami mchu, rozświetlone delikatnie promieniami słońca, którym udało przebić się przez korony drzew… Wszystko to sprawia, że czas mija szybko i stajemy u wylotu wąwozu, przy majestatycznych, skalnych filarach Bramy Krakowskiej. Naprzeciwko, po drugiej stronie drogi widać Skały Koronne z charakterystycznym głazem przypominającym ludzką dłoń, za którą można wypatrzeć wejście do Jaskini Ciemnej.

Teraz jeszcze kilka łapczywych łyków wody z pobliskiego Źródełka Miłości – bo takiej okazji nie można przepuścić! – i idziemy w stronę Ojcowa. Mijamy tzw. jaskinię krowią (była schronieniem dla bydła w czasie burz) i dochodzimy do Pstrąga Ojcowskiego – to stawy hodowlane, gdzie przechowuje się, rozmnaża i hoduje pstrągi potokowe. Mają tu idealne warunki, zapewnione przez przepływ czystej i dobrze natlenionej wody z potoku Młynówka. Hodowla ma tradycje i renomę – ojcowski pstrąg jest zarejestrowany jako produkt regionalny w UE. Chętni uwożą do domu zakupione tu wspaniałe okazy wędzonych pstrągów.

Czas wycieczki powoli zbliża się do końca. Jeszcze tylko obiad u stóp zbocza z ruinami kazimierzowskiego zamku, a potem do autokaru i w drogę powrotną do domu. Aż do teraz towarzyszyła nam piękna pogoda, ale nadszedł czas pożegnania, więc Ojców płacze, z nieba zaczynają spadać drobne kropelki deszczu…

Alicja Stołecka

Copyright © 2017 by UTW Puławy Designed by